28 lipca 2011

Potwory ze Strefy X

 W ubiegłym tygodniu pisałem o Koyaanisqatsi, więc w tym tygodniu miało nie być o filmie. Ale po obejrzeniu Strefy X temat sam ciśnie się na klawiaturę. Tak samo zresztą jak na pole tytułu ciśnie się wredna aluzja to spartolonego tłumaczenia tytułu, brzmiącego w oryginale Monsters (czyli "potwory"). "Monsters" to tytuł z przesłaniem, niejednoznaczny, o potworach mówią też w pewnym momencie bohaterowie filmu. Określenie "strefa X" chyba nawet nie pojawia się w filmie, a literka "x" bezmyślne pakowana do wszystkiego, co choć trochę wiąże się z science fiction, mocno się już zużyła. Chcąc nie chcąc w naszych kinach możemy obejrzeć jednak film pt. Strefa X.

Film Garetha Edwardsa to kino science fiction zrobione z 0,8 mln dolarów. W czasach, gdy na kinowych afiszach sąsiaduje on z Transformers 3 zrobionymi za ileśtamset razy większą sumę, poprzednie zdanie może brzmieć jak oksymoron, ewentualnie pierwsze ostrzeżenie przed wyjątkowo kiepską i niedopracowaną szmirą klasy Z. Nic bardziej mylnego. Twórcy Strefy X postawili po prostu na nieco nietypową konwencję: film drogi, nienachalny romans, a momentami nawet film dokumentalno-podróżniczy. W niedalekiej przyszłości na terytorium Meksyku rozbija się sonda z próbkami pozaziemskiego życia. W wyniku katastrofy spora część Meksyku zostaje objęta kwarantanną, a w strefie zamkniętej harcują sobie kilkunastometrowi obcy. Kilka lat później amerykański fotoreporter pracujący nad zleceniem w Ameryce Środkowej dostaje polecenie odwiezienia do USA córki swojego szefa. Jedyny problem polega na tym, że przez lekkomyślność fotografa nie udaje im się wsiąść na ostatni prom, co oznacza, że jedyna droga do domu wiedzie (jak nietrudno się domyślić) przez terem objęty kwarantanną...

Pytanie brzmi: jak pokazać skażoną strefę i zbudować atmosferę zagrożenia, gdy (jak przypuszczam) większa część skromnego budżetu poszła na te kilkanaście minut w filmie, podczas których rzeczywiście widać obcych? Albo gdy wypasione, wszechobecne efekty specjalne a la Transofrmers 3 po prostu nie pasują do spokojnej i nastrojowej atmosfery filmu? I tu z pomocą przychodzi właśnie to, co semiotycy lubią najbardziej, czyli wszelkiej maści znaki: drogowe, informacyjne, plakaty, banery, naklejki i co tam jeszcze. Znaki te straszą pełną paletą ostrzegawczo-grożących kolorów, czyli żółtym, czerwonym, białym i czarnym. Dorzućmy do tego jeszcze typowo biologiczno-skażeniową ikonografię (maski przeciwgazowe, trupie czaszki i w tym przypadku schematyczne sylwetki obcych), a nawet średnio rozgarnięty widz, który niespecjalnie uważał na lekcjach przystosowania obronnego zorientuje się, że malownicze, na pozór zupełnie niegroźne i normalne lasy północnego Meksyku to strefa nie bez powodu zamknięta.

Nie jest oczywiście tak, że znaki zastępują nam cały apokaliptyczno-alienowy sztafaż, którego spodziewamy się w tego rodzaju produkcji. Twórcy Strefy X nie celują w trójwymiarowe fajerwerki rodem z Transformers, ale zobaczymy tu sporo odpowiednio zdezelowanych i porozbijanych samochodów, pociągów, budynków, a nawet jeden samolot! Mamy także samych obcych, pokazywanych krótko, choć pomysłowo: warto zwrócić uwagę choćby na kreskówkowe monstrum w filmie edukacyjnym dla dzieci! No i końcowa scena filmu, która ma szansę stać się punktem zwrotnym w sposobie ukazywania tytułowych potworów w kinie science fiction (trzymam za to kciuki!). Przyznać jednak trzeba, że znaki urastają w filmie Garetha Edwardsa do rangi czegoś w rodzaju zbiorowego aktora. Filmowcy nie ograniczyli ich roli do efektownego rekwizytu czy jaskrawej ozdóbki, lecz powierzyli im odpowiedzialne zadanie budowania świata przedstawionego; nawet na plakacie filmowym (który zamieszczam obok) żółto-czarny znak ostrzegawczy wkrada się niby boczkiem, ale jednak na pierwszy plan, a właściwi aktorzy są trochę w głębi.

Zabieg taki usprawiedliwiony jest zresztą troską o realizm w przedstawieniu miejsca katastrofy. Kto właściwie powiedział, że obszar skażony to krąg sczerniałych drzew i stosy rozkładającej się padliny? Kto widział fotoreportaż Eleny Filatowej "Land of Wolves" wie, że strefa zamknięta wokół czarnobylskiej elektrowni tętni życiem tak roślinnym, jak i zwierzęcym, choć wilki hasające po opuszczonej Prypeci mają pewnie tysiąckrotnie większą szanse na chorobę nowotworową niż ich kuzyni z Bieszczad. Degradacji, a i to powolnej i stopniowej, ulegają raczej pozostawione własnemu losowi wytwory człowieka. Co w takim razie ostrzega nas, że przekraczany niewidoczną granicę, za którą coś groźnego wisi w powietrzu? Znaki ostrzegawcze właśnie. Tutaj Edwards popisał się intuicją, a umiejętnie wyeksponowane komunikaty ostrzegawcze tworzą klimat skażonej strefy nie niszcząc jednocześnie realistyczno-dokumentalnej konwencji filmu.

A więc film, w którym jedną z głównych ról grają znaki? Teraz rozumiecie chyba, że takiego tematu nie mogłem przepuścić. Ale obiecuję, że w następnym tygodniu będzie już coś o komiksie :)

Wszystkie prawa zastrzeżone
Obraz umieszczony w poście jest chroniony prawem autorskim.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz