20 lipca 2011

Świat ludzi, świat znaków

Koyaanisqatsi
Koyaanisqatsi obejrzałem po raz pierwszy dzięki uprzejmości TVP, chyba pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Film wyemitowany został o jakiejś nieludzko późnej porze, jak większość ambitniejszych, żeby nie powiedzieć eksperymentalnych, produkcji. Zmęczenie i senność nie pozwoliły mi zagłębić się należycie w ten utwór – Koyaanisqatsi wymaga bowiem uwagi i skupienia, nie przykuwa do ekranu fajerwerkami efektów specjalnych ani nagłymi zwrotami akcji. Mimo to miałem przeczucie, że obejrzałem film wyjątkowy, nawet jeśli łamiące się oko nie pozwoliło mi w pełni docenić jego głębi. Drugi seans, kilka lat później, również sponsorowany był przez Telewizję Polską, odbył się w takich samych warunkach i miał ten sam skutek. Trzeci seans zasponsorowałem sobie sam: standardowo wydane DVD z garstką dodatków szło do mnie z Niemiec ponad dwa tygodnie, ale w końcu mogłem zasiąść przed komputerem o jakiejś mniej barbarzyńskiej porze i nacieszyć się filmem bez nachalnego Morfeusza próbującego porwać mnie do Krainy Snów.

Koyaanisqatsi to film bez fabuły, bez dialogów, w zasadzie również bez aktorów. Jest to nastrojowe połączenie obrazu i muzyki, filmowa medytacja na tematem człowieka, natury i cywilizacji. Przesłanie filmu doczekało się wielu interpretacji – według słów samego reżysera, Godfreya Reggio, jest on odczytywany zarówno jako manifest proekologiczny, krytyka oszalałej zachodniej cywilizacji, jak i triumfalistyczny pean na cześć technologii. Sam Reggio dystansuje się od obu tych odczytań i mówi raczej o impresji na temat współczesnego świata. Problemy z interpretacją są zrozumiałe, gdyż ani przyroda, ani szeroko rozumiana kultura nie są tu przedstawione jednoznacznie. W pierwszej części filmu natura jest monumentalna i urzekająca, ale też, paradoksalnie, pozbawiona życia – dostrzeżemy w niej kilka ptaków i trochę drzew, ale nie znajdziemy ani większych zwierząt, ani tym bardziej ludzi. Autorzy zdają się sugerować, że niezależnie czy nam się to podoba czy nie, przyroda nie jest już naszym "naturalnym" (w znaczeniu "normalnym") środowiskiem.

Życie i człowiek pojawiają się dopiero wtedy, gdy film zabiera nas świata cywilizacji, której ucieleśnieniem i szczytowym osiągnięciem jest wielka metropolia. Również tutaj filmowcy nie serwują prostych i jednoznacznych ocen – z jednej strony oglądamy obrazy zniszczenia i degradacji (eksplozje, ujęcia stert śmieci, zdezelowanych i wyburzanych bloków); z drugiej strony nie brakuje tu zachwycających obrazów przeszklonych drapaczy chmur i nocnego miasta tętniącego światłem. Cywilizacja i technika sama w sobie nie jest zła i brzydka, a już na pewno nie bardziej niż natura. Co więcej, autorzy nie sugerują jakiejś bezwzględnej, nieprzekraczalnej opozycji przyroda-cywilizacja; wręcz przeciwnie, oba światy znakomicie egzystują obok siebie, co widać doskonale w słynnej scenie księżyca wschodzącego obok drapacza chmur. Koyaanisqatsi dość wyraźnie wartościuje za to "szalone" życie w świecie nowoczesnej technologii – przyspieszone ujęcia oddają wrażenie nieznośnej, gorączkowej, chaotycznej krzątaniny, w którą zmieniło się życie człowieka Zachodu. Znaczące, że podtytuł filmu mówi o życiu pozbawionym równowagi (life out of balance), a nie o świecie pozbawionym równowagi.

W Koyaanisqatsi przejście z natury do kultury to przejście nie tylko do świata technologii, lecz również do świata znaków. Widać to znakomicie w jednej ze scen kończących pierwszą, "przyrodniczą" część filmu: po spokojnych obrazach pustyń, gór, obłoków i oceanów zostajemy uderzeni ujęciem wielkiej, kopcącej ciężarówki. Warto zauważyć, że snena ta rozpoczyna się zbliżeniem cyfry "6" namalowanej na przodzie maszyny. Gdyby nie to zbliżenie, łatwo byłoby przegapić ten mały znaczek. Zdaje się więc, że filmowcy uwypuklają jego rolę sugerując, że znak jest związany z człowiekiem tak samo jak związana jest z nim technika. Ostatecznie ani ciężarówka, ani cyfra nie występują w naturze, zostały stworzone przez człowieka i służą czysto ludzkim celom.

Znaki rosną i przyspieszają wraz z cywilizacją. Chwilę później widzimy ogromne "E = mc2" namalowane na pokładzie równie wielkiego lotniskowca, a gdy przenosimy się do miasta, znaki stają się wszechobecne. Zalewa nas fala reklam na billboardach i tablicach świetnych (dziadkowie dzisiejszych telebimów), napisy na samochodach i samolotach, tabliczki informacyjne na dworcach, sygnalizacji świetlna zawiadująca rzekami samochodów, w kulminacyjnym momencie filmu atakują nas obrazy z telewizorów oraz interfejsy gier komputerowych. Tu znowu zdjęcia są przyspieszone, co sprawia, że znaki przemykają w obłąkanym tempie. We współczesnym świecie znaki nie tylko towarzyszą ludziom, ale również, co może nawet istotniejsze, odzwierciedlają ich gorączkowe życie.

Skoro zaś mowa o znakach w Koyaanisqatsi, nie sposób nie wspomnieć o samym tytule. Słowo pochodzi z języka Indian Hopi i oznacza, m.in. "życie pozbawione równowagi" i "szalone życie". W Essence of Life, krótkim filmie dokumentalnym o realizacji Koyaanisqatsi, Godfrey Reggio opowiada, że na początku chciał by "tytułem" był jakiś nieopisywalny znak, a nie słowo pochodzące z jakiegoś języka. Reżyser tłumaczy, że "język jest w stanie głębokiego upokorzenia", ponieważ "nie opisuje już świata, w którym żyjemy", a Koyaanisqatsi od samego początku miało być próba wyrażenia czegoś, co w takim języku wyrażone być nie może. Taki pogląd na język zakrawa na paradoks, ale wcale nie musi nim być. Może nasz język nie potrafi opisać naszego świata właśnie dlatego, że do niego należy, jest częścią systemu, a system opisać można w pełni tylko wtedy, gdy patrzy się "z boku"? Ostatecznie twórcy zrezygnowali z niejęzykowego symbolu i zdecydowali się na koyaanisqatsi, słowo pochodzące z zupełnie kręgu kulturowego, nieobciążonego "zachodnim" bagażem znaczeniowym i odzwierciedlające zupełnie inny sposób patrzenia na świat. Opowiadając o Indianach Hopi, Reggio zwraca uwagę, że "wszystko co uznajemy za normalne, jest dla nich nienormalne", co dobrze współgra z duchem filmu.

Na zakończenie ciekawostka komiksowa: fragmenty ścieżki dźwiękowej Koyaanisqatsi zostały wykorzystanie w ekranizacji Strażników Moore'a i Gibbonsa. Podczas sceny, w której Doktor Manhattan przenosi się na Marsa i opowiada o swoim życiu, usłyszeć można utwory autorstwa Philipa Glassa pt. Prophecies oraz Pruitt Igoe.

Koyaanisqatsi obejrzeć można w serwisie Google Video.

  • Koyaanisqatsi (1982) reż. Godfrey Reggio, muz. Philip Glass, zdj. Ron Fricke.
Wszystkie prawa zastrzeżone

Obraz umieszczony w poście jest chroniony prawem autorskim.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz