7 kwietnia 2012

2001: Odyseja kosmiczna: dźwięk próżni i kosmiczny balet

2001: Odyseja kosmicznaNie może być oczywiście tak, bym przy moim semiotycznym zboczeniu obejrzał jakiś film zupełnie normalnie. Większość widzów zastanawia się po prostu, czy film ich nudzi czy nie. Erudyci popkultury bawią się w szukanie aluzji, znanych motywów i intertekstualnych wycieczek. Hipsterscy studenci kierunków humanistycznych zastanawiają się jak to, co oglądają ma się do neomarksistowskiej teorii późnego kapitalizmu lub lakanistycznego dekonstrucjonizmu w ujęciu wczesnego Žižka. Ale nawet ci ostatni ze zgrozą patrzą na mnie, gdy mówię, co ja w filmie dojrzałem. Ostatnio ofiarą takiego właśnie semiotycznego oglądania padła 2001: Odyseja kosmiczna. A dokładniej rzecz ujmując, przyglądałem się z uwagą jak film Kubricka używa dźwięku (zarówno muzyki, jak i innych efektów) do przekazywania znaczenia.

2001: Odyseję kosmiczną oglądałem po raz pierwszy w późnym dziecięctwie czy też we wczesnym nastolęctwie, nie pamiętam dokładnie. Byłem oczywiście zawiedziony, bo mało się tam jakoś działo – ktoś tam łaził, ktoś coś gadał, ale żadnych robotów i żadnych laserów, i w ogóle jakoś nudno. Później dopiero zrozumiałem, że w pewnym sensie wykazałem się niezłą intuicją, bo film rzeczywiście jest miejscami nudny i tak właśnie miało być (patrz niżej). Arthur C. Clarke po dziś dzień jest tak zachwycony tym, że mistrz Kubrick zrobił film do jego scenariusza, że nie widzi zupełnie jaki numer wyciął mu reżyser. Tak, 2001: Odyseja kosmiczna jest ambitnym filmem SF, mówi o ewolucji, postępie technicznym i miejscu człowieka w tym wszystkim, ale już to, co o homo sapiens mówi nie jest w gruncie rzeczy wcale takie fajne. Bardzo niepochlebnie dla człowieka wygląda na przykład porównanie dwóch kolejnych spotkań naszego gatunku z pozaziemskim monolitem. W pierwszej części filmu, widzimy małpoludy, które skaczą wokół artefaktu i dotykają go z ciekawością, ale gdy upewnią się, że monolit nie nadaje się do jedzenia i sam nie próbuje ich zjeść, wracają do swoich małpich figli. Gdy kolejny monolit zostaje odkryty na Księżycu, tym razem przez superzaawansowanego homo sapiens latającego w superszybkich rakietach i chodzącego w superbłyszczących strojach, nasze zachowanie nie jest w gruncie rzeczy mądrzejsze. Tak więc astronauci połażą chwilę wokół monolitu, posmarują go paluchami, a potem... zaczynają pozować na jego tle do zdjęcia, niczym jak przybysz z głębokiej prowincji na tle Pałacu Kultury. Kubrick sugeruje więc, że dobry milion lat ewolucji wspieranej (zapewne) przez obcą cywilizację nie uczynił nas wcale tak wyrafinowanymi, jak nam się wydaje. Nawet z bazami na Księżycu i międzyplanetarnymi wahadłowcami jesteśmy tylko ciekawskimi małpami na sawannie łażącymi bez sensu wokół czegoś, czego w ogóle nie rozumiemy. Tyle tylko, że naszą sawanną jest teraz cały Układ Słoneczny.

Piszę to wszystko tytułem długawego wstępu do właściwego tematu posta, czyli do tego jak dźwięk w 2001: Odysei Kosmicznej został podniesiony do funkcji pełnoprawnego znaku. Przede wszystkim, nie sposób nie wspomnieć tu o muzyce. Film kojarzony jest przede wszystkim z dwoma motywami muzyki poważnej popełnionymi: Tako rzecze Zaratustra Richarda Straussa i Nad pięknym modrym Dunajem Johanna Straussa. Kubrick po swojemu poszedł tu pod prąd i powiązał te klasyczne motywy z czymś, co na pierwszy rzut oka z muzyką poważną wcale się nie kojarzy, czyli w techniką. Tako rzecze Zaratustra zaczyna grać, gdy małpolud z pierwszej części filmu podnosi kość i po raz pierwszy z historii ludzkości zaczyna używać narzędzia. Ta monumentalny muzyka stanowi znakomite otwarcie dla triumfalnego pochodu ludzkości ku gwiazdom, zapoczątkowanego, jakby nie patrzeć, jakiś milion lat temu, gdy nasi przodkowie zaczęli używać prostych narzędzi. Potem następuje legendarne cięcie-przejście, podczas którego podrzucona kość zmienia się w statek kosmiczny i oglądamy cywilizację człowieka w pełnym rozkwicie, przy akompaniamencie Nad pięknym modrym Dunajem. Tutaj Kubrick już na całego estetyzuje technikę – pojazdy kosmiczne i stacje orbitalne "tańczą" w rytm walca Straussa, obserwujemy istny kosmiczny balet w wykonaniu najbardziej zaawansowanych osiągnięć techniki. Takim właśnie zestawieniem obrazu i dźwięku Kubrick wyraża swój zachwyt dziełami kosmicznej techniki. Te dwa przykłady pokazują już, że muzyka w 2001: Odysei Kosmicznej nie tyle tworzy ogólną atmosferę sceny, jest tylko ledwo dostrzegalnym tłem, ale stanowi integralną część znaczenia sceny, mówi w jaki sposób powinniśmy rozumieć to, co widzimy.

Równie ważnym elementem ścieżki dźwiękowej filmu jest... brak dźwięku. Co ciekawe, najbardziej rozbudowana muzyka towarzyszy scenom, w którym niemalże nie ma ludzi lub w których kamera skupia się raczej na dziwach podróży kosmicznych, niż na interakcjach międzyludzkich. Gdy człowiek dochodzi w końcu do głosu, nie towarzyszy temu właściwie żaden podkład muzyczny. Ludzie przyszłości są wyjątkowo nieimponujący: zamiast prawić dęte gadki o misji nauki i ratowaniu świata, łażą bez sensu i gadają o niczym. I tak dr Heywood Floyd przybywa na Księżyc i odbywa naradę z naukowcami w której tłumaczy: "przybyłem, by tutaj z wami być". Z kolei podczas wideorozmowy z córką, która została na Ziemi mówi, że dzwoni, żeby córka przekazała mamie, że dzwonił... W tle widzimy niesamowity widok obracającej się Ziemi, który to widok Floyd zupełnie ignoruje, skupiając się bez reszty na rozmowie pozbawionej jakiejkolwiek treści. Kolejną część filmu otwiera scena, w której astronauta David Bowman leci statkiem kosmicznym gdzieś w okolicach Jowisza i zabija czas biegając w pierścieniowym module statku jak, nie przymierzając, chomik w gigantycznym kołowrotku. Wszystkie te sceny rozgrywają się przy zupełnym braku muzyki i jakichkolwiek zbędnych dźwięków, a są przy tym dość nudnawe (nie można nawet ucha zawiesić na jakiejś nucie w tle...). Kubrick zachwyca się więc technologią, ale pokazuje nam, że człowiek jest w tej wspaniałej technologii najbardziej nudnym i najmniej pomysłowym elementem. Cóż z tego, że możemy odbywać rozmowy w czasie rzeczywistym z Księżycem, skoro nie mamy nic do powiedzenia naszym rozmówcom? Co z tego, że możemy zbudować statek, który doleci do Jowisza, skoro jedyną rzeczą którą tam robimy jest zabijanie czasu w wielkim kołowrotku?

To przesłanie jest ja najbardziej spójne z ogólną sarkastyczną wymową filmu, o której pisałem na początku posta, ukazującą ludzi jako ciut inteligentniejsze małpoludy łażące bez celu po sawannie Układu Słonecznego. W punktu widzenia semiotyki, istotna jest rola jaką w przekazaniu tego znaczenia odgrywa dźwięk lub jego brak. To w dużym stopniu właśnie muzyka sprawia, że obrazy techniki zachwycają, a ubóstwo dźwięku sprawia, że w scenach z ludźmi wieje nudą. Współcześni recenzenci zarzucali Kubrickowi, że Odyseja kosmiczna jest mało wciągająca i uznawali to za wadę filmu. Recenzentom brakuje jednak często głębszego spojrzenia i skupiają się tylko na tym, na ile dany film jest w stanie zaspokoić ich (nie zawsze wyrafinowane) oczekiwania. A dłużyzny i nuda niektórych sekwencji to po prostu zabieg artystyczny Kubricka podporządkowany jednemu celowi: pokazaniu, że człowiek w samym środku ekscytującej techniki jest wybitnie nieekscytującym stworzeniem. Jest to zresztą część przesłania, która często umyka niezmordowanym "interpretatorom", choć Kubrick sporo zrobił, by ją wyeksponować.

Pisząc o znaczeniu dźwięku w 2001: Odysei Kosmicznej niewybaczalnym grzechem byłoby pominąć charakterystyczną "ciszę próżni". Kubrick robiąc film w astronautach w przestrzeni kosmiczne zdecydował się na prosty i w gruncie rzeczy oczywisty zabieg: sceny z ludźmi w otwartej próżni, odbywają się w niemal kompletnej ciszy. Podczas spaceru na zewnątrz statku, jedynym dźwiękiem jaki słyszymy jest ciężki oddech astronauty. Poza tym – nic. Oczywiście szybko zdajemy sobie sprawę, że taka cisza w próżni jest rzeczą normalną i chwilę później przychodzi świadomość: to się naprawdę odbywa w próżni! Zaczyna się robić przerażająco, bo uświadamiamy sobie, że tylko cienki kombinezon oddziela bohatera od pustki kosmosu! Tutaj ponownie dźwięk (a właściwie brak dźwięku), pomaga przekazać znaczenie i buduje atmosferę grozy znacznie lepiej niż orkiestra symfoniczna grająca mroczne kawałki, a przy tym prezentuje sytuację z punktu "słyszenia" bohatera sceny (może swój własny ciężki oddech w zupełnej ciszy słyszy astronauta w otwartej próżni?). A przecież nie jest to wcale standardowe rozwiązanie; w późniejszych o kilka raptem lat Gwiezdnych wojnach eskadry statków kosmicznych naparzają się przecież w takiej samej próżni przy akompaniamencie orkiestry symfonicznej i całej feerii efektów dźwiękowych.

Znakomite wyczucie dźwięku i bardzo świadome, znaczące użycie muzyki jest zresztą znakiem rozpoznawczym Kubricka. Widać to znakomicie także w innym filmach reżysera, na przykład w Mechanicznej pomarańczy. 2001: Odyseja kosmiczna nie jest więc w twórczości autora dziełem wyjątkowym, jest za to wyjątkowym filmem w obrębie swej konwencji. Zdawać by się mogło, że od 1968 roku, kiedy po film ujrzał światło dzienne, kino fantastyczno-naukowe zrobiło ogromny postęp. I choć jest to prawdą, trudno chyba znaleźć inny film, z tak oryginalnym, przewrotnym, ale i niepopularnym przesłaniem. W ogromnej większości tego rodzaju obrazów albo gloryfikuje się człowieka poprzez gloryfikację wytworów człowieka (czyli techniki), albo gloryfikuje się człowieka krytykując nadmiernie rozbuchaną technikę. 2001: Odyseja kosmiczna jako jeden z niewielu filmów (jedyny film?) science-fiction serwuje nam deidealizujące spojrzenie na miejsce człowieka w przyszłości.

Wszystkie prawa zastrzeżone
Obraz umieszczony w poście jest chroniony pełnym prawem autorskim.