5 maja 2012

Czy da się sfilmować komiks, czyli pułapki przekładu transmedialnego

Ten post chodził mi po głowie już od jakiegoś czasu, a temat w nim poruszany chodził mi po głowie jeszcze dłużej. Ale jakoś inne rzeczy zawsze wpychały się do kolejki. Skoro jednak ostatnimi czasy na Semiomiksie pojawiły się posty o tłumaczeniu komiksów, znaczeniu dźwięku w 2001: Odysei kosmicznej i "The medium is the message" McLuhana, uznałem, że wszechświat daje mi właśnie znak, że czas już napisać coś o "tłumaczeniu" komiksu na inne media, na przykłada na film.

Prawdę powiedziawszy sprawa ta zaczęła nurtować mnie na długo przed założeniem tego bloga, bo już w 2009, roku w którym na ekrany kin wszedł film Strażnicy na podstawie komiksu Alana Moore'a i Dave'a Gibbonsa. Strażnicy to dzieło kultowe co się zowie, więc na długo przed premierą rozpętały się tradycyjne dyskusje na tradycyjne w takich przypadkach tematy: spłycą oryginał czy nie spłycą? Adaptacja będzie wierna czy nie za bardzo? Będzie "profanacja" czy nie będzie? Alan Moore, który z Hollywood ma na pieńku od dłuższego czasu, tradycyjnie odciął się od filmu jeszcze zanim pojawił się pierwszy zwiastun, podobnie zresztą uczyniła rzesza ortodoksyjnych fanów. Przyznam, że niespecjalnie śledziłem tego typu dyskusje, spekulacje, zachwyty i fochy dotyczące czegoś, czego jeszcze nie ma. Trochę z powodu oczywistej jałowości całego tego szumu, a trochę dlatego, że był on sztucznie podsycany przez hollywoodzkich marketingowców, którzy traktowali go jako narzędzie promocji, co nieco podważa autentyczność całego zamieszania. Z całego tego zgiełku ciekawe wydało mi się jedno pytanie: czy Strażnicy to komiks, który da się w ogóle sfilmować? Wątpliwości co do "filmowalności" wyrażał swego czasu bodaj Terry Gilliam, ale Zack Snyder nie przestraszył się i postanowił komiks zekranizować. Kto widział, ten wie, że wyszła z tego bodaj najwierniejsza (obok Sin City Roberta Rodrigueza) filmowa adaptacja komiksu, która przenosi na duży ekran dosłownie całe kadry oryginalnego medium. Wyszło więc na to, że Strażnicy są jednak filmowalni...

Tu jednak, niczym złośliwy pajacyk z pudełka, wyskakuje nam nasz dobry znajomy Marshall McLuhan! Bo jeśli, jak rzecze Kanadyjczyk, "medium jest informacją", to medium jest także historią opowiadana poprzez to medium. Innymi słowy, historia opowiadana przy pomocy danego medium jest poprzez to medium kształtowana i nie da się więc "mechanicznie" oddzielić tych dwóch aspektów; nie da się "wyjąć" historii z jednego medium, włożyć ją w inne medium i nadal twierdzić, że mamy do czynienia z tą samą historią. W przypadku Strażników mowa tu nie tylko o pewnych koniecznych skrótach i nieco zmienionym zakończeniu; nawet gdyby pokazano w filmie wszystkie wątki z komiksu, precyzyjnie odwzorowano każdy kadr, a dialogi idealnie pokrywały się z tekstami z oryginalnych dymków, sam fakt zastosowania innego systemu znaków nieuchronnie zmieniłby opowieść. W filmowych Strażnikach mamy na przykład dźwięk, którego w komiksie, rzecz jasna, nie uświadczymy. I tak gdy Puchacz i Rorschach zbliżają się do antarktycznej bazy Ozymandiasza w tle słyszymy piosenkę "All Along the Watchtower" Boba Dylana (choć w aranżacji Jimiego Hendriksa), znakomicie zresztą zgraną z filmowymi ujęciami. Piosenka została wprawdzie zasygnalizowana w komiksie poprzez cytat na końcu jednego z rozdziałów, lecz odbiór piosenki jest przecież zupełnie inny, gdy czytamy cytat, z niej pochodzący i gdy słyszymy ją w całości. Snyder podszedł zresztą do dźwięku w Strażnikach dość kreatywnie i nie trzymał się tu ślepo utworów sugerowanych w komiksie. Wspominałem już swego czasu o utworach zaczerpniętych z Koyaanisqatsi, znaczący jest dobór muzyki do sceny z doktorem Mahnattanem kroczącym na polu bitwy w Wietnamie (no, z czym to się wam kojarzy?), a także piosenki "Hallelujah" Leonarda Cohena i "99 Luftballons" Neny w kontekście historii opowiadanej z filmie mają mniej lub bardziej oczywiste drugie dno.

Mówienie o "filmowalności" jakiegokolwiek komiksu jest więc nieporozumieniem, bo każda tego rodzaju adaptacja, każdy przekład z jednego medium na drugie prowadzi do zmiany opowiadanej historii na mocy maksymy McLuhana. Nie dotyczy to oczywiście jedynie przekładu komiks-film; to samo powiedzieć można o przekładzie gra komputerowa-film, film-książka, komiks-gra komputerowa itd. Możemy za to próbować opowiadać historię z jednego medium przy pomocy innego medium zdając sobie przy tym sprawę, że otrzymamy nieco inną historię, pewną "nową jakość" (nie zawsze lepszą, choć nie zawsze gorszą od oryginału). Osobiście nie mam nic przeciwko takim adaptacjom i nie widzę jaki sposób prowadzić by miały one do "profanacji" oryginału. W przypadku filmu Strażnicy efekt jest zresztą znakomity – Snyder zachował trzon komiksu, podrasował zakończenie i twórczo wykorzystał możliwości semiotyczne oferowane przez filmowe medium (np. dźwięk i wspaniała czołówka). Na zakończenie tego postu wypada więc życzyć wszystkim gorliwym obrońcom "kultowych" dzieł, by podchodzili do wszelkiego rodzaju adaptacji z większym luzem i dali artystom opowiedzieć znane historie po swojemu. Oryginał na tym nie straci, a my zyskamy być może nową opowieść, inną, choć równie ciekawą?